Rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego
Kończący się sezon grzewczy okazał się niezwykle ciekawy i znamienny dla polskiej energetyki i ekologii. Przez ostatnie cztery czy pięć lat przyzwyczailiśmy się do łagodnych zim, charakteryzujących się stosunkowo wysokimi temperaturami, co naturalnie przekładało się na poprawę jakości powietrza. Tymczasem tegoroczna zima, zwłaszcza w styczniu, pokazała swoje surowe oblicze. Przez kilka tygodni temperatury nocą spadały do kilkunastu stopni poniżej zera, nawet w centralnej Polsce. Ten gwałtowny atak mrozu sprawił, że problem smogu, który wydawał się już powoli odchodzić w przeszłość, powrócił ze zdwojoną siłą. Konieczność intensywnego ogrzewania domów i spalania większych ilości paliw w kotłach doprowadziła do skoku zanieczyszczeń.
– Wskaźniki jakości powietrza osiągnęły poziomy niewidziane od pięciu lat, a w niektórych lokalizacjach sytuacja była wręcz bezprecedensowa – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Siergiej, rezcznik Polskiego Alarmu Smogowego. – Przykładem może być Łomża, gdzie odnotowano stężenia smogu najwyższe w całej historii pomiarów w tym mieście. Równie interesująco, choć w negatywnym sensie, wyglądała sytuacja na rynku paliw. Tegoroczna zima bezlitośnie obnażyła strukturalne niedopasowanie podaży do popytu, szczególnie w segmencie pelletu. Okazało się, że mamy go w Polsce po prostu za mało. Problem dotknął przede wszystkim te osoby, które nie zaopatrzyły się w opał latem lub jesienią, lecz dokupowały go sukcesywnie w miarę spadku temperatur. W szczycie mrozów klienci trafili na barierę dostępności, w niektórych składach wprowadzono racjonowanie. Niedobory natychmiast przełożyły się na gwałtowny wzrost cen. Sytuacja ta pokazała, że polski rynek paliw stałych nie nadążył za zmianami w strukturze grzewczej gospodarstw domowych. W ostatnich latach przybyło bardzo dużo nowoczesnych kotłów na pellet, jednak nie poszedł za tym adekwatny wzrost zdolności produkcyjnych paliwa. Wolumen produkcji pelletu, opartej głównie na odpadach meblarskich i tartacznych, utrzymuje się na zbliżonym poziomie rok do roku. Połączenie gwałtownego przyrostu liczby urządzeń grzewczych z wystąpieniem surowej zimy doprowadziło do realnego kryzysu, w którym paliwa w pewnym momencie po prostu zabrakło – przypomniał Piotr Siergiej.