Poseł do Parlamentu Europejskiego
Debata o stworzeniu wspólnej armii europejskiej regularnie wraca w unijnych dyskusjach. W praktyce jednak pomysł budowy odrębnych, równoległych struktur wojskowych wobec NATO nie ma większego sensu ani strategicznego, ani finansowego. Europa nie dysponuje dziś ani wystarczającą liczbą żołnierzy, ani sprzętem, ani budżetami, które pozwoliłyby utrzymać w pełni autonomiczną armię o wiarygodnym potencjale odstraszania. Realną drogą jest wzmacnianie europejskiego filaru NATO, a nie tworzenie alternatywy dla Sojuszu. Taki filar mógłby obejmować wyspecjalizowane siły szybkiego reagowania, działające w sytuacjach kryzysowych od agresji zewnętrznej po klęski żywiołowe obejmujące więcej niż jedno państwo członkowskie. Chodzi o elastyczne jednostki, zdolne do natychmiastowego działania, ale osadzone w istniejących strukturach dowodzenia i planowania NATO.
– Zmienia się globalna strategia Stanów Zjednoczonych. Pentagon przeprowadza obecnie przegląd światowej obecności wojsk USA. W efekcie może pojawić się wniosek, że kontyngenty w Europie są zbyt rozbudowane w porównaniu z potrzebami w regionie Indo‑Pacyfiku, uznawanym w Waszyngtonie za główną arenę zagrożeń dla interesów amerykańskich. W praktyce może to oznaczać redukcję amerykańskich sił na naszym kontynencie, mimo dzisiejszych politycznych deklaracji o pozostaniu w Polsce i regionie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Michał Kobosko, poseł do Parlamentu Europejskiego. – W takim scenariuszu Europa nie może pozostać bierna. Potrzebuje własnych zdolności reagowania, ale rozwijanych jako część szerszego systemu bezpieczeństwa, a nie w opozycji do niego. Tworzenie „armii europejskiej” jako konkurencji dla NATO byłoby kosztowną iluzją, która rozproszyłaby zasoby i osłabiła spójność obronną Zachodu. Realistyczna odpowiedź to większa odpowiedzialność Europejczyków w ramach Sojuszu – podkreślił Michał Kobosko.